Karaluchy pod poduchy

To miał być piękny weekend ! Değirmendere, balkon, kawa, książka, spacer nad morzem, G w pracy, a my u niego „na chacie”. Kota nie ma, myszy harcują. Na koniec chciałam zrobić zakupy i przygotować jakieś półprodukty na sałatki na kolejny tydzień dla G, ale… wydarzenia potoczyły się dość nieprzewidzianie.

W piątek po pracy wróciłyśmy z E do domu, zjadłyśmy szybką sałatkę, pakowanie i w drogę. Humor miałyśmy wystrzałowy i już w autobusie zaczęło robić się zabawnie. Podeszła do nas dziewczyna, która była Turczynką w tradycyjnej chustce i płaszczu. I zapytała czy my nie mówimy po rosyjsku? Nie, ale po polsku tak, więc zaczęłyśmy rozmawiać po angielsku. Okazało się, że Emine niedawno skończyła studia w Pakistanie, w sumie spędziła tam 7 lat. Była też w Budapeszcie i w ogóle jest całkiem do rzeczy. Zaprosiła nas do swojego domu w Balikesir, w którym mieszka z ojcem.

Następnie udało na się kupić dwa ostatnie bilety na autobus do Değirmendere. I okazało się, że siedzimy obok młodego małżeństwa z dzieckiem – prześliczną dziewczynką, z którą się zaczęłyśmy bawić. A steward autobusowy cały czas z nami żartował i zagadywał. Na koniec już w Değirmendere po drodze do mieszkania zobaczyłyśmy ogromny stragan z milionami arbuzów, i wyglądało to przekomicznie.

laleczka

stragan z milionem arbuzów

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni…

Około 11 w nocy dotarłyśmy już do mieszkania i… teraz muszę zbudować napięcie…

Weszłyśmy do mieszkania, zapaliłyśmy światło i najspokojniej w świecie udałam się do naszego pokoju. Kiedy i tam zapaliłam światło moim oczom ukazał się ogromny około 3-cm karaluch… czarny i obrzydliwy i szybko uciekł pod łóżko na którym zawsze śpimy !!! Matko Święta !!! co teraz ?!?!?!

E stwierdziła, że on z ciemnego nie wyjdzie przy zapalonym świetle, więc udałyśmy się dziarskim krokiem do salonu. Kiedy już podeszłyśmy do drzwi balkonowych, spod moich nóg pod fotel uciekł kolejny tak samo wielki i obrzydliwy drugi karaluch !!! W imię ojca i syna !!! A my uciekałyśmy z pokoju jak dwie kreskówki, zadzierając kolana tak wysoko jak to tylko możliwe.

Stanęłyśmy w korytarzu tak, żeby widzieć siebie i ja obserwowałam dywan w pokoju u G, a Eliza wpatrywała się w dywan w salonie. I jak sobie przypomniałyśmy co się właśnie wydarzyło, to nie mogłyśmy się przestać śmiać. Ktoś by pomyślał: niezła impreza !!! ale trzeba coś zrobić z nieproszonymi gośćmi !!!

Wzięłyśmy więc po jednym bucie G i swoje na nogi. I zaczęłyśmy polowanie od mojego pokoju. Stojąc na jednym łóżku podniosłam nasze łóżko, a Eliza zajrzała pod spód: Nie ma go! Przecież się nie rozpłynął. Odstawiając łóżko, przestawiłam je o około pół metra od ściany i wtedy zobaczyłam bandytę, jak ucieka przy ścianie w kierunku drzwi balkonowych.

– Po co zamykałaś drzwi ?!?!?! Otwórz drzwi !!! – otworzyłam, ale karaluch tylko przebiegł wzdłuż i wcisnął się w szczelinę pomiędzy drzwiami i futryną
– Szybko!!! Zamknij drzwi to mu utniesz głowę !!! – zamknęłam, ale karaluch ruszał się dalej. Ustawił się głową do nas, dalej wciśnięty w kąt. Przynajmniej zostały mu tylko dwie drogi ucieczki.

– Co teraz zrobimy?
– Przynieś odświeżacz do powietrza, jest w przedpokoju.

Uzbrojone w dwa buty i odświeżacz patrzyłyśmy się na małego robala i zastanawiałyśmy się, skąd on się wziął. A on bezbronny siedział w kącie i pewnie myślał: Ale one wieeeeelkie, o mamusiu! Skąd one się wzięły?!

– Psikaj! To wyjdzie i go zabijemy! – psik, karaluch w ruch, ale jakiś dziwnie spowolniony i wielkie Booom!!! butem o podłogę.

zwłoki

Uff! jednego mniej… Sprawdziłyśmy jeszcze drugie łóżko, czysto… Czas na salon.

W salonie sytuacja była utrudniona, bo karaluch mógł uciekać w każdą stronę. Ustaliłyśmy strategię, ja przewracam fotel, a E bije. Zaparłam się i jednym machem fotel na podłogę, a karalucha nie ma. Interesujące, więc fotel na bok i nieśmiało patrzymy na kanapę. Zdjęłyśmy poduchy, czysto, przesunęłyśmy kanapę, czysto. Przecież się nie rozpłynął, na pewno jest pod kolejną kanapą, ale jej nie damy radę ruszyć. Cóż począć, ustawiamy wszystko na nowo, przesunęłam fotel, a E w krzyk: Jest !!! Pod fotelem !!! O masz Ci los. Co za koszmar.

Całe rozdygotane postanowiłyśmy losować, która będzie biła, ręka z wizytówką w środku, znaczy, że ja biję, ręka bez, bije E. Wylosowałam rękę bez… – A może jednak chcesz bić…? Pomimo, że nie padło na mnie, to jednak padło. E się zaparła i przewróciła fotel jeszcze raz, a ja… chybiłam dwa razy, karaluch uciekł pod fotel. A żeby go tak świnia powąchała!

Obeszłam fotel dokoła szukając strategii jak go ubić drania. I wtedy zobaczyłam go przy brzegu fotelu. Ale tam nie trafię, bo but odbije się od fotela, albo uderzę za daleko od niego. Więc ustaliłyśmy, że tym razem E przeciągnie fotel po dywanie w swoją stronę, a ja ustrzelę. E szarpnęła się i przesunęła fotel, a ja ubiłam karalucha. Wtedy zobaczyłam, że spod fotela biegnie w moją stronę drugi i też go ubiłam…

– Dwa były!!!
– Nieee, jeden, patrz, że jeden.
– Patrz, że dwa!!!
– O Jezus!!! Dwa!!!

Zadzwonił G.
– Gokhan tu są karaluchy! Wielkie jak krowy! I biegają po pokojach!
– Żartujesz sobie!
– Czy wyglądam jakbym sobie żartowała?
– A widziałaś mojego nosorożca z drewna z Kenii, stoi w pokoju?
– Nie!!! Karaluch go zasłonił!!! Jutro z samego rana wracamy do domu!
– Bejbi, dlaczego?
– (ubiję go za takie pytania) Dlaczego ?!?!?!
– OK, wracajcie z samego rana., a ja w przyszłym tygodniu wezwę firmę do sprzątania i dezynfekcji.

Wróciłyśmy do salonu, E usunęła trupy i zaczęłyśmy ustawiać wszystko na miejsca i wtedy… spod kanapy wyszedł kolejny… żywy, obleśny karaluch…

– Nie, ja już nie mam siły… Zostawmy światło zapalone, zamknijmy drzwi od salonu i podsuńmy dywan pod drzwi i idźmy spać, a jutro jedziemy do domu.

Zaczęłyśmy jeszcze oglądać film, żeby nie usnąć i obserwować, ale w końcu znużone padłyśmy jak plastry na łóżka przy zapalonym świetle. Wstałyśmy grubo po 11 rano i stwierdziłyśmy, że w Bursie nie będzie co robić, więc możemy zostać tu cały dzień tylko wynieść się z domu, a na koniec wieczorem wrócić do Bursy.

Poszłyśmy na długie pyszne śniadanie nad brzegiem morza, potem schowałyśmy się przed deszczem, potem jeszcze lody i kawa, a na koniec szaszłyk z kurczaka.

deszcz, najpierw dopadł G, na statku, gdzieś tam hen w oddali

a przy brzegu trwał kurs na płetwonurka

był też ładnie wytresowany wilczur, który aportował z wody

i deszcz był coraz bliżej

ale to był taki przelotny deszcz

tu znowu był

a tu przy brzegu znów go nie było

rybacy czy wędkarze, o to jest pytanie

i jeszcze ładny widok na zatokę

Po dotarciu do mieszkania w Bursie, rozpakowałyśmy bagaże, sprawdzając, czy nie przywiozłyśmy ze sobą pasażerów na gapę. Usiadłyśmy na kanapie i napawałyśmy się uczuciem, kiedy nikt nie spaceruje po plecach… Jedynie dziwne myśli… „chodziły po głowie”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s