„Jeszcze Polska nie zginęła”

Polska - kraj w kształcie serca

– dobrze o tym wiedzieć i przypominać sobie raz na jakiś czas, zwłaszcza będąc na obczyźnie

Pobyt w Turcji dał mi się ostatnio bardzo we znaki, a pobyt w Polsce podratował moją kondycję psychiczną znacznie, zwłaszcza po wyczerpującym bayramie (zob. wpis Bayram czarnomorski).

Czego mi tak brakowało? Dosłownie wszystkiego, od zielonej trawy po niebieskie niebo, a najbardziej polędwicy wieprzowej. Nie uwierzycie o czym człowiek myśli i co sobie przypomina, kiedy mu tęskno do kraju:

  • ja sobie przypomniałam wiersz z podstawówki Kamila Cypriana Norwida – „Moja piosnka II” i nawet pamiętam kto go mówił na akademii

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba….
Tęskno mi, Panie…

  • przypomniałam sobie smak golonki, czegoś czego nie znosiłam jako małe dziecko, pierwszy raz spróbowałam w Rumunii na jakimś dziwnym weselu, na które trafiliśmy przypadkiem, a teraz smak za mną chodził, golonka w pomidorowym sosie… palce lizać
  • smak kotletów schabowych w niedzielę… nie myśli się o tym, kiedy one są co niedzielę na stole, myśli się o nich kiedy nie ma wieprzowiny w promieniu paruset kilometrów
  • a wspomnienie smaku polędwicy o poranku na białej kajzerce powodowało nieprzerwany ślinotok
  • przypomniał mi się cień i wilgotny chłód drzew w Dąbrowie, kiedy jechało się na rowerze dookoła zalewu, nic takiej ulgi w Turcji w upalny dzień nie da
  • i jeszcze przypomniała mi się droga z Warszawy do Lublina, tak inna od wszystkich miejsc w Turcji, nawet G zadziwiło to, że teren po trasie jest płaski jak stół
  • i starówka w moim mieście, która zasłużyła sobie na szczególne miejsce w mojej pamięci, bo uważam, że jest naprawdę śliczna i można pójść na kawę i na „colę ;)” i na spacer i na sesję zdjęciową

Jest taki moment w czasie pobytu za granicą, kiedy wszystko, ale to absolutnie wszystko doprowadza do szewskiej pasji, klnie się w kilku językach, a i tak nie pomaga. Jest taki czas, kiedy absolutnie nic nie przekona, że dziury w polskich drogach są gorsze od dobrych dróg w Turcji, że plastikowy smak warzyw z marketów jest gorszy od kolorowych i pachnących straganów pełnych tanich smakowitości i nic nie przekona, że 3-miesięczne słoneczne i bezdeszczowe lato jest lepsze od deszczowego i chłodnego lipca w Polsce. Jest taki czas, że nic nie wynagrodzi tej obcości i „samotności” w obcym państwie. I można mieć ukochanego/ukochaną, a i tak to nie to i chce się czegoś innego. I jest jeszcze taki czas kiedy oddałoby się wszystko, aby wrócić z biletem w jedną stronę.

I czuje się, że w Polsce byłoby zupełnie inaczej i lepiej, 100 razy lepiej, albo nawet 1000 razy i wszystkie problemy zniknęłyby jak ręką odjął i wszystkie pytania odpowiedziałyby się same. I tak naprawdę nie ma większej bzdury niż takie właśnie myślenie… Bo wtedy byłyby inne problemy i inne pytania. A już największą obłudą jaką można sobie sprawić to wyjazd do Polski na urlop… spotyka się wszystkich starych znajomych na kawce/herbatce/piwku i wszyscy mają czas i tak się cieszą na nasz widok. A przecież byłoby zupełnie inaczej gdybyśmy byli w Polsce cały czas i widywali się co tydzień/miesiąc/pół roku. Każdy byłby tak samo zapracowany i zmęczony życiem. Ale takie wnioski dopadają człowieka na pokładzie samolotu powrotnego. I znów „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, jak pójdziemy to popsujemy”.

Czasem sobie myślę, że zaklęłam się tym blogiem… somewhere between two cultures… i chciałabym i się boję, i stoję okrakiem na granicy polsko-tureckiej. Czasem myślę, że to moja ofiara „mobilności studenckiej”, zjeździłam pół Europy i ta moja chęć powrotu do Polski to taki słomiany zapał, bo jeszcze bym się nie zadomowiła, a już rwałoby mnie dalej w świat. Czasem sobie myślę, że jestem dokładną mieszanką moich rodziców z niespokojną duszą mojego taty i dążeniem do stworzenia domu mojej mamy. I jak to pogodzić wszystko i jak to zebrać w jedno.

Z tymi wszystkimi myślami poleciałam do Polski, z tą pękającą głową spotkałam się z rodziną i znajomymi. I wiecie, że pomogło. Galopada myśli zwolniła, i trochę zmieniłam perspektywę. Wróciłam do Turcji ze spokojem, może to nie stan nirvany, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Można powiedzieć, że pogodziłam się z życiem.

A na koniec bardziej optymistyczny akcent. Z pobytu w Polsce tym razem nie mam zdjęć, bo wszystko już widziałam, a trudno robi się zdjęcia, czemuś co się już widziało i zna jak własną kieszeń. Mam za to kilka ciekawych scenek rodzajowych, które mnie ubawiły, zdenerwowały albo wprawiły w zachwyt. Na początek jedna z nich, a potem opiszę kolejne w kategorii scenki. Czasem przydarza się coś takiego, że tylko to opisać. Jak w książce „Oko dnia” Jonathana Carolla, która pełna jest krótkich obserwacji z życia wziętych, napisana jest na podstawie jego bloga.

Scenka nr 1 – Czy leci z nami… pork?

Jestem w samolocie Polskich Linii Lotniczych LOT, rozpoczyna się podawanie posiłku (snack – tym razem wielka buła, z której wystaje wędlina i ser). Przede mną dwóch Polaków – robotników (poznałam po „przecinkach” w zdaniu). Po drugiej stronie korytarza dwóch Turków, za nimi dwóch Turków, a za mną dwóch Turków. Pani z obsługi pokładowej rozdaje kanapki i wtedy pan za mną zadaje kłopotliwe pytanie…

  • Czy te kanapki są z wieprzowiną? – pyta Turek piękną polszczyzną
  • Hmm… tak… chyba tak – odpowiada Pani z obsługi. I wszyscy Turcy kanapki oddali.
  • Czy wobec tego ja mogę dostać drugą? – pyta Polak siedzący przede mną
  • Czy te kanapki są z porkiem? – pyta Pani z obsługi Pana z obsługi
  • Nie wiem, chyba nie? – odpowiada Pan
  • Proszę Państwa te kanapki nie zawierają wieprzowiny, to kurczak – informuje Pani, ale kanapki już nikt nie chce, oprócz Polaka
  • Czy te kanapki są z porkiem? – pyta Pani z obsługi szefową pokładu
  • No co Wy, nigdy nie dają wieprzowiny na kierunki islamskie

No comment. Dodam tylko, że wędlina była jasna i z powodzeniem mogła udawać kurczaka przy odrobinie myślenia i umiejętności aktorskich obsługi. Ale w drugą stronę do Stambułu, dostaliśmy już z całą pewnością ciemno różową wieprzowinę…

Reklamy

One thought on “„Jeszcze Polska nie zginęła”

  1. Pingback: Chopin na pokładzie… | Somewhere between two cultures

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s