Z hamamu… do szpitala

Ponoć hamam to samo zdrowie… nie dla każdego. Przeczytajcie ku przestrodze!

W piątek przyjechała do mnie Kasia z koleżanką Olą. I postanowiłyśmy kolejnego dnia w sobotę z jeszcze jedną Kasią wybrać się do hamamu. W końcu w hamamie „sultan olsun” – stajesz się sułtanką. Zasięgnęłam porady, który hamam najlepszy i gdzie i jakie ceny. Wybór padł na Cinili Hamam – cena też przystępna – 35 TL za zestaw: wejście, mycie, masaż, kese, mydło, szampon. Hamam jest bardzo historyczny, bo ma już prawie 400 lat.

Od wejścia przywitał nas normalny dla tego typu miejsc w Turcji. To znaczy panie topless, które swoje 5 minut w życiu już miały. Ja osobiście nie mam nic przeciwko, ale u nas by się to nie przyjęło. Pamiętam kiedyś listy czytelniczek w gazetach, w którym pisały, o prysznicach basenowych i o tym, że przychodzą z dziećmi, i to nie wypada rozbierać się do naga, zwłaszcza starszym paniom. A tu proszę! Wypada! Tak… właśnie o czym to ja? Aaa i te panie tak paradują po dziedzińcu w hamamie.

Przywdziałyśmy swoje bikini i pomknęłyśmy do wnętrza. Usadzono nas w malutkim „VIP roomie” gdzie czekałyśmy na swoją kolejkę, czekałyśmy i się uparowywałyśmy, że tak to ujmę. Mijał nam czas na pogaduchach, aż w końcu jedna po drugiej lądowały na marmurowym stole, gdzie najpierw robi się scrubbing – zdziera się skórę. Nie mam pojęcia po co wylazłam z „VIP roomu”, w końcu nie była jeszcze moja kolej.

I wracając do środka, potknęłam się i wpadłam prawą kostką to kanału, który służy do odprowadzania brudnej wody, złapałam się ściany i stanęłam na prosto. Na pierwszy rzut oka nic się nie stało. Lekki ból kostki, ale kiedy na nią spojrzałam… usiadłam. Kostka rosła w oczach i siniała gdzieś głęboko pod skórą!!! Rozgrzana krew buzowała w żyłach i nagle znalazła ujście…1:0 dla hamamu

Pierwsza myśl czy mogę ruszać kostką? Mogę!!! Czyli nic poważnego… pełny obrót jest. Kostka puchnie nadal! Do swojej kolejki doczekałam trzymając kostkę w marmurowej misce z zimną wodą. Przyszła moja kolej na scrubbing. Muszę przyznać, że pani zajęła się mną wyjątkowo, uważając na kostkę i uspokajając, że nic się nie stało i że „Gecmis olsun” – przejdzie Ci.

W międzyczasie Kasia „się przegrzała”. Nadmiar pary, ciepła, wrażeń i nawet zimna woda nie wystarczyła. Kasia wyszła z hamamu i omdlała. Wynik 2:0 dla hamamu. Co dalej? „Nie ma co czekać, trzeba uciekać!” (A. Fredro „Małpa w kąpieli”).

Tak też nasza wizyta w hamamie dobiegła końca. A rozpoczęła się podróż do szpitala z moją kostką. Dzięki uporowi taty ZAWSZE jestem ubezpieczona w PZU od następstw nieszczęśliwych wypadków i na koszty leczenia. Zadzwoniłam na infolinię zgłosiłam wypadek, a tam pokierowano mnie do Niemieckiego Szpitala (Alman Hastanesi) przy Taksim, z którym PZU ma umowę. W międzyczasie zadzwonił G i zerwał się ze służby, aby przyjechać i mnie uratować.

Dotarłyśmy z Kasią na Taksim i do szpitala i się zaczęło. Najpierw zmierzono mi ciśnienie i temperaturę… (oczywiście to standardy, ale Kasia zapytała, czy powiedziałam im, że w zasadzie boli mnie noga…) A potem były już tylko telefony, telefony, maile, faksy, faksy, maile i telefony. Jak zwykle szpital prywatny próbuje wymusić płatność od pacjenta, wystawić fakturę i żeby pacjent sam sobie ściągał pieniądze od ubezpieczyciela. Kiedy pani mi podliczyła wyszło 410 TL (!!!) za co? Za zdjęcie RTG i bandaż elastyczny nałożony przez lekarza.

I przeciętny obywatel ugnie się i zapłaci, ale nie ze mną takie numery. Kropla nie siłą drąży skałę, lecz ciągłym kapaniem – i tak samo w tureckich szpitalach. Po kolejnym podanym numerze faksu i kolejnym podanym mi adresie mailowym, na który PZU powinno wysłać gwarancję płatności, pani z Turcji twierdziła, że gwarancji nie dostała, a pani z Polski podsumowała, że chyba „nie chcą odebrać tej informacji”. Kiedy opadały mi ręce i kończyła się cierpliwość, w drzwiach stanął G, a pani oznajmiła, że faks przyszedł… Ten to ma wejście… jeszcze tylko fanfar brakowało i białego rumaka!

Po godzinie, wyszłam ze szpitala z najdroższym zdjęciem RTG w życiu, siną i spuchniętą kostką zawiniętą w bandaż elastyczny i receptą na lek przeciwbólowy…

Przestroga: Kochani czytelnicy, uważajcie w hamamach!

Niedzielę spędziłam oglądając film „Karmel” (ale to już innym razem), trzymając kostkę w górze i przykładając mrożone mięso mielone.

Poniżej kilka fotek, dzięki uprzejmości Kasi.

rana jak u barana

w pełnej krasie

"płaczę", bo zapomniałam się uśmiechnąć do tego najdroższego zdjęcia

Reklamy

5 thoughts on “Z hamamu… do szpitala

  1. Gecmis olsun Iza ale w ogóle wstydź się nogi pokazywać na blogu, nie wiesz że to nieładnie? 😉 (Dla wyjaśnienia sprawy warto zajrzeć na komenty u mnie na ost. notce) 🙂

    • hahaha wiem, że moje też nie są piękne… co zrobić? życie?
      Skylar możemy się cieszyć, że to tylko stopy,
      a my stałyśmy w kolejce po rozum w tym czasie 😀
      nie można mieć wszystkiego…

  2. przestańcie, teraz mnie kusi, żeby też zamieścić zdjęcie stóp…

    co do hamamu – znając moje szczęście, przydusiłabym sie dodatkowo ręcznikiem albo skręciła przez przypadek do męskiej częsci tegoż wspaniałego przybytku relaksu i urody

  3. Mój ulubiony hamam, na razie bez przygód, ale może dlatego, że raz już miałam zrekonstruowany staw skokowy (sport to zdrowie, nie hamam 😉 i poruszam się po śliskiej powierzchni z przesadną ostrożnością, A Ty nabawiłaś się zerwania torebki stawowej, stąd siniak i spuchnięcie (też miałam).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s